Są takie miejsca, o których krążą legendy. Napawają one strachem, ekscytacją, a czasem przerażeniem. Wzbudzają zachwyt i zainteresowanie. Jednym z takim miejsc jest na pewno Ślęża.
Samotny szczyt górujący nad Wrocławiem, często jest pomijany i lekceważony. A niesłusznie. Posiada bowiem swoją bogatą historię i wcale nie jest łatwym pagórkiem do zdobycia. Jak każda góra zasługuje na respekt i szacunek. Pozwólcie, że po krótce opowiem Wam jej historię.
W czasach, gdy na ziemiach polskich panowały wszechpotężne lasy, kiedy czczono starożytnych bogów nad ogniskiem, a kapłani stanowili prawo wśród ludzi, Ślęża miała już swoje specjalne miejsce. Nazywana jest „Śląskim Olimpem”, a od jej nazwy wzięło swoją nazwę jedno z plemion – Ślężanie. Na całej górze możemy natknąć się na pozostałości po pogańskim kulcie bóstw solarnych, czyli związanych z czcią Słońca. Starożytne rzeźby, tajemnicze wały wotywne tworzą niesamowity klimat tego miejsca.
Jest to góra wyspowa, czyli osamotniona w swym położeniu. Niejedni dopatrywali się w niej wygasłego wulkanu. Ale nic z tych rzeczy. Ślęża nigdy nie pluła lawą, a wręcz przez wieki zachowywała spokój, w niespokojnych latach naszej historii. Górę pokrywają liczne kamienie – głównie granity, z których jest zbudowana. Szlaki są kamieniste, a i po drodze znajdzie się kilka skałek podobnych do karkonoskich kuzynów.
Ślęża jako pojedynczy masyw, zaliczana jest, do Korony Gór Polski. W najwyższym punkcie ma 718m n.p.m. ale zapewniam, że wcale nie jest łatwo na nią wejść. Zwłaszcza tym szlakiem, jaki obraliśmy nie wiedząc, na co się mamy przygotować.
Ruszyliśmy z parkingu w Sobótce. Parking, choć w teorii płatny, wcale płatnym nie był. Po kilkudziesięciu metrach spotkaliśmy pierwsze posągi, tablice informacyjne, a także pomocnego turystę, który skierował nas na żółty szlak….. chyba najtrudniejsze podejście ze wszystkich. Musieliśmy przejść jeszcze kawałek asfaltową drogą by znaleźć się na skromnym i małym, wejściu na szlak.



Droga początkowo wąska, robiła się coraz węższa i bardziej stroma. Po pewnym czasie z czoła leciał pot, a w sercu rozpoczęła się gonitwa za coraz szybszym łapaniem oddechu. Kamienie stały się coraz bardziej stromo położone, a nasze myśli ogarnęło zwątpienie – O CO CHODZI? Wszyscy mówili, że to nic trudnego…że nawet wózkiem da radę tu wjechać. No cóż. Żółtym szlakiem na 100% nie da rady wjechać wózkiem.
Kontrolując mapę w aplikacji Polskie Szlaki (którą polecam z całego serca) dotarliśmy lekko zmarnowani do pierwszego punktu kontrolnego, czyli do Wieżycy. Kamienna wieża wyłoniła się niespodziewanie z zarośli. Niestety od niej na górę był jeszcze spory kawałek. Wieża widokowa jest otwarta w każdą sobotę i niedzielę od godziny 10. W tygodniu jest zamknięta, choć można się niby umówić telefonicznie na zwiedzanie. Walcząc o złapanie oddechu, podarowaliśmy sobie wspinaczkę po schodach wieży i ruszyliśmy dalej. Szlak stał się na szczęście łagodniejszy, a zarośla zamieniły się w piękny las, pełen tajemniczo powyginanych drzew.
Niedługo potem doszliśmy do rozwidlenia szlaków, gdzie szlak żółty łączył się ze szlakiem czerwonym. Dalej na sam szczyt szlaki biegną tożsamą trasą. Ścieżka poszerzyła się, pojawiło się więcej turystów, a uwagę należało poświęcić kamieniom, które pod stopami były już do końca szlaku. Co charakterystyczne według mnie, a jednocześnie zachwycające, prawie wszystkie porośnięte były mchem, podobnie jak drzewa, tak bardzo zielonym, że nadawał klimat jak z bajki. Prawdziwa kraina mchu i paproci.
Ścieżka prowadziła dalej, wprost ku pierwszej większej rzeźbie wotywnej – Pomnik niedźwiedzia i panny z rybą.
Niestety zamknięty w klatce, w ochronie przed wandalizmem, nie robił zbyt wielkiego wrażenia. Cóż. Można było chociaż przeczytać o nim ciekawą legendę na tablicy informacyjnej.



Dalej szlak prowadzi niezbyt ostro, bardziej spacerowo mimo kamieni po całości, wśród prawdziwej krainy mchu i paproci. Tak zielonego lasu w górach już dawno nie widzieliśmy. Nazwa Ślęża pochodzi od słowa „śleg” co oznacza wilgoć i tak faktycznie jest. Czuć tą wilgotność w powietrzu, a podczas mgły musi być tu prawdziwie magiczny i mroczny klimat.
Wejście na sam szczyt robi się coraz szersze. Coraz więcej też ludzi wchodzących i schodzących. Wkrótce ukazała się naszym oczom rozległa polana, z całkiem sporą ilością odwiedzających. Na szczycie każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu:
kościół Najświętszej Maryi Panny z XIX wieku
schronisko górskie Dom turysty\
wieża widokowa – na wieży można znaleźć tabliczkę z oznaczeniem najwyższego punktu na szczycie.
charakterystyczna rzeźba niedźwiedzia, znana chociażby z podręczników szkolnych




Można tu rozpalić ognisko, odpocząć w cieniu wiaty, czy wyleżeć zmęczone nogi na trawie. Dla zbierających pieczątki PTTK -można je otrzymać w schronisku.
Po zobaczeniu wszystkiego co trzeba i na co siły pozwoliły małym turystom, zeszliśmy w dół czerwonym szlakiem. Jest on o wiele prostszy i łatwiejszy niż żółty, toteż polecam niewprawionym turystom lub rodzinom z dziećmi, które pierwsze wprawki w górskich klimatach robią właśnie na Ślęży.
W pigułce:
- plusem jest rozległy parking w Sobótce, z którego tylko rzut beretem na wejście na szlak
- żółty szlak – strome i dość ostre podejście, zdecydowanie nie dla pojazdów typu wózek i dla słabszych osób
- czerwony szlak – do połowy iście spacerowa ścieżka, bez żadnych trudności i kamieni. Potem łączy się z żółtym
- czas przejścia na szczyt i zejścia ok 3 godziny – 10 km
- na szczycie zaplecze gastronomiczne, toalety, miejsce do odpoczynku
- po drodze kilka atrakcji: Wieżyca z wieżą widokową, rzeźby prasłowiańskie







































