W krainie mchu i paproci – Ślęża

Są takie miejsca, o których krążą legendy. Napawają one strachem, ekscytacją, a czasem przerażeniem. Wzbudzają zachwyt i zainteresowanie. Jednym z takim miejsc jest na pewno Ślęża.

Samotny szczyt górujący nad Wrocławiem, często jest pomijany i lekceważony. A niesłusznie. Posiada bowiem swoją bogatą historię i wcale nie jest łatwym pagórkiem do zdobycia. Jak każda góra zasługuje na respekt i szacunek. Pozwólcie, że po krótce opowiem Wam jej historię.

W czasach, gdy na ziemiach polskich panowały wszechpotężne lasy, kiedy czczono starożytnych bogów nad ogniskiem, a kapłani stanowili prawo wśród ludzi, Ślęża miała już swoje specjalne miejsce. Nazywana jest „Śląskim Olimpem”, a od jej nazwy wzięło swoją nazwę jedno z plemion – Ślężanie. Na całej górze możemy natknąć się na pozostałości po pogańskim kulcie bóstw solarnych, czyli związanych z czcią Słońca. Starożytne rzeźby, tajemnicze wały wotywne tworzą niesamowity klimat tego miejsca.

Jest to góra wyspowa, czyli osamotniona w swym położeniu. Niejedni dopatrywali się w niej wygasłego wulkanu. Ale nic z tych rzeczy. Ślęża nigdy nie pluła lawą, a wręcz przez wieki zachowywała spokój, w niespokojnych latach naszej historii. Górę pokrywają liczne kamienie – głównie granity, z których jest zbudowana. Szlaki są kamieniste, a i po drodze znajdzie się kilka skałek podobnych do karkonoskich kuzynów.

Ślęża jako pojedynczy masyw, zaliczana jest, do Korony Gór Polski. W najwyższym punkcie ma 718m n.p.m. ale zapewniam, że wcale nie jest łatwo na nią wejść. Zwłaszcza tym szlakiem, jaki obraliśmy nie wiedząc, na co się mamy przygotować.

Ruszyliśmy z parkingu w Sobótce. Parking, choć w teorii płatny, wcale płatnym nie był. Po kilkudziesięciu metrach spotkaliśmy pierwsze posągi, tablice informacyjne, a także pomocnego turystę, który skierował nas na żółty szlak….. chyba najtrudniejsze podejście ze wszystkich. Musieliśmy przejść jeszcze kawałek asfaltową drogą by znaleźć się na skromnym i małym, wejściu na szlak.

Droga początkowo wąska, robiła się coraz węższa i bardziej stroma. Po pewnym czasie z czoła leciał pot, a w sercu rozpoczęła się gonitwa za coraz szybszym łapaniem oddechu. Kamienie stały się coraz bardziej stromo położone, a nasze myśli ogarnęło zwątpienie – O CO CHODZI? Wszyscy mówili, że to nic trudnego…że nawet wózkiem da radę tu wjechać. No cóż. Żółtym szlakiem na 100% nie da rady wjechać wózkiem.

Kontrolując mapę w aplikacji Polskie Szlaki (którą polecam z całego serca) dotarliśmy lekko zmarnowani do pierwszego punktu kontrolnego, czyli do Wieżycy. Kamienna wieża wyłoniła się niespodziewanie z zarośli. Niestety od niej na górę był jeszcze spory kawałek. Wieża widokowa jest otwarta w każdą sobotę i niedzielę od godziny 10. W tygodniu jest zamknięta, choć można się niby umówić telefonicznie na zwiedzanie. Walcząc o złapanie oddechu, podarowaliśmy sobie wspinaczkę po schodach wieży i ruszyliśmy dalej. Szlak stał się na szczęście łagodniejszy, a zarośla zamieniły się w piękny las, pełen tajemniczo powyginanych drzew.

Niedługo potem doszliśmy do rozwidlenia szlaków, gdzie szlak żółty łączył się ze szlakiem czerwonym. Dalej na sam szczyt szlaki biegną tożsamą trasą. Ścieżka poszerzyła się, pojawiło się więcej turystów, a uwagę należało poświęcić kamieniom, które pod stopami były już do końca szlaku. Co charakterystyczne według mnie, a jednocześnie zachwycające, prawie wszystkie porośnięte były mchem, podobnie jak drzewa, tak bardzo zielonym, że nadawał klimat jak z bajki. Prawdziwa kraina mchu i paproci.

Ścieżka prowadziła dalej, wprost ku pierwszej większej rzeźbie wotywnej – Pomnik niedźwiedzia i panny z rybą.

Niestety zamknięty w klatce, w ochronie przed wandalizmem, nie robił zbyt wielkiego wrażenia. Cóż. Można było chociaż przeczytać o nim ciekawą legendę na tablicy informacyjnej.

Dalej szlak prowadzi niezbyt ostro, bardziej spacerowo mimo kamieni po całości, wśród prawdziwej krainy mchu i paproci. Tak zielonego lasu w górach już dawno nie widzieliśmy. Nazwa Ślęża pochodzi od słowa „śleg” co oznacza wilgoć i tak faktycznie jest. Czuć tą wilgotność w powietrzu, a podczas mgły musi być tu prawdziwie magiczny i mroczny klimat.

Wejście na sam szczyt robi się coraz szersze. Coraz więcej też ludzi wchodzących i schodzących. Wkrótce ukazała się naszym oczom rozległa polana, z całkiem sporą ilością odwiedzających. Na szczycie każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu:

kościół Najświętszej Maryi Panny z XIX wieku

schronisko górskie Dom turysty\

wieża widokowa – na wieży można znaleźć tabliczkę z oznaczeniem najwyższego punktu na szczycie.

charakterystyczna rzeźba niedźwiedzia, znana chociażby z podręczników szkolnych

Można tu rozpalić ognisko, odpocząć w cieniu wiaty, czy wyleżeć zmęczone nogi na trawie. Dla zbierających pieczątki PTTK -można je otrzymać w schronisku.

Po zobaczeniu wszystkiego co trzeba i na co siły pozwoliły małym turystom, zeszliśmy w dół czerwonym szlakiem. Jest on o wiele prostszy i łatwiejszy niż żółty, toteż polecam niewprawionym turystom lub rodzinom z dziećmi, które pierwsze wprawki w górskich klimatach robią właśnie na Ślęży.

W pigułce:

  • plusem jest rozległy parking w Sobótce, z którego tylko rzut beretem na wejście na szlak
  • żółty szlak – strome i dość ostre podejście, zdecydowanie nie dla pojazdów typu wózek i dla słabszych osób
  • czerwony szlak – do połowy iście spacerowa ścieżka, bez żadnych trudności i kamieni. Potem łączy się z żółtym
  • czas przejścia na szczyt i zejścia ok 3 godziny – 10 km
  • na szczycie zaplecze gastronomiczne, toalety, miejsce do odpoczynku
  • po drodze kilka atrakcji: Wieżyca z wieżą widokową, rzeźby prasłowiańskie

Jezioro Góreckie – prezent ślubny w cieniu armat pruskich

O nieszczęśliwych miłościach wiele już napisano. XIX wiek pełen jest romantycznych bohaterów, cierpiących dla swych ukochanych, porzuconych niewiast i samobójczych śmierci z rozpaczy za ukochaną. Gdzie można spotkać echo tamtych czasów? Gdzie zapisana jest smutna ale i piękna historia?

Jedna z nich miała swoje miejsce w samym centrum Wielkopolskiego Parku Narodowe. Tak. To nie żart. To tu, na jednym z największych jezior znajduje się mała wyspa, a na niej zamek. Niedostępny dla zwiedzających, otoczony z każdej strony wodami jeziora Góreckiego, skrywa być może nie jedną romantyczną historię, o których możemy już dzisiaj snuć tylko legendy.

Jezioro Góreckie jak wszystkie pozostałe w WPN, jest jeziorem polodowcowym. Odcięte od dopływów rzecznych, zasilane jest tylko wodami podziemnymi i wodą z opadów deszczu. Jako obiekt przyrodniczy, chroniony jest ścisłą ochroną w ramach projektu Natura 2000. Jest siedliskiem dla wielu gatunków fauny i flory, a przede wszystkim atrakcją turystyczną i bazą spacerową dla okolicznych mieszkańców.

Widok z Google Earth na Jezioro Góreckie. Po środku widać wyspę zamkową.
Wyspa zamkowa w przybliżeniu z zaznaczeniem umiejscowienia ruin zamku

Co niewątpliwie przyciąga tu gości, to wizja romantycznej posiadłości, położonej na jednej z dwóch wysp na Jeziorze Góreckim. Są to ruiny zamku Klaudyny Potockiej, który został jej ofiarowany w prezencie ślubnym, przez jej brata Tytusa Działyńskiego. Powstał w latach 1824- 1825 , lecz wraz z wybuchem powstania listopadowego w 1830 roku został opuszczony, a wkrótce zrujnowany atakiem armat pruskich. Według władz zaborcy, mieli tu mieć swoją bazę powstańcy. Śladów po nich jednak nie znaleziono.

zdjęcia poniższe pochodzą ze strony: https://www.zamkipolskie.com/gorec/gorec.html

To by było na tyle z historii, takiej zapewne jak wiele innych, gdyby nie aura tajemniczości, jaką spowite są ruiny. Nie ma do nich dostępu dla turystów, nie prowadzi żadna kładka ani most, a przy dobrej widoczności można zobaczyć pozostałości budowli ze specjalnego punktu widokowego.

Klaudyna Potocka zmarła w wieku 35 lat w Genewie. Pochowana jest dzisiaj we Francji na cmentarzu Montmorency. Była nie tylko żoną Bernarda Potockiego, ale przede wszystkim polską działaczką niepodległościową, która angażowała się w pomoc powstańcom. Nie tylko finansowała działania powstańcze – sprzedała w tym celu swoje klejnoty rodzinne i biżuterię, ale pomagała rannym w czasie walk w 1830 roku. Po ucieczce z kraju, nigdy już do niego nie powróciła.

Nad historią Klaudyny można rozmyślać na jednym z kilku punktów widokowych rozmieszczonych wzdłuż linii brzegowej jeziora. Szlak, którym można się poruszać jest bardzo dobrze utrzymany, choć przez zarośniętą linię brzegową, widok na jezioro jest mocno utrudniony. Gdzieniegdzie ustawione są punkty do odpoczynku, kłody, ławki, wiaty, gdzie można zrobić sobie krótką przerwę.

Niestety jezioro jest na tyle atrakcyjnym miejscem, że w weekendy trudno jest zaznać tu spokoju i prawdziwego obcowania z naturą. Nam się to nie udało. Warto jednak wybrać się w to miejsce w środku tygodnia, gdzie ruch będzie na pewno mniejszy i zwiedzić tą część WPN.

W pigułce:

  • dobrze zadbany szlak turystyczny
  • brak „atrakcji” edukacyjnych po drodze
  • dość duża liczba odwiedzających
  • wstęp na szlak jak w całym parku jest darmowy. Przygotujcie się natomiast na płatny parking samochodowy, jaki znajduje się przy wejściu na szlak. I wcale nie jest jednym z natańszych
  • strefa gastronomiczna – budki z lodami, frytkami itp – położona na parkingu przy szlaku
  • bliskość Muzeum Przyrodniczego Wielkopolskiego Parku Narodowego

źródła:

https://www.zamkipolskie.com/gorec/gorec.html

https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news/historia,c,8/czarownica-i-aniol-milosierdzia,94722.html

Polodowcowe jeziora, wzgórza Hobbitów i szampańska woda Napoleona – Wielkopolski Park Narodowy vol. 1

Wielkopolska kojarzy się głównie z nizzinnym krajobrazem. Łąki, lasy i jednorodna równina. A tu, w samym sercu województwa znajduje się krajobraz zgoła odmienny. Liczne wzniesienia, rynnowe jeziora będące pozostałością po ostatnim zlodowaceniu, mini wąwozy. To wszystko znajdziecie w Wielkopolskim Parku Narodowym, który odkrywaliśmy razem z dziećmi w ostatnim czasie.

Zwiedzanie warto podzielić sobie na dwa razy, chyba że ktoś wyrusza na dłuższą wyprawę. Ja jednak mając na uwadze moją małą turystkę, wydłużyłam sobie tą przyjemność.

Poniżej przedstawiam Wam mapkę naszego szlaku. Szliśmy z punktu:

Osowa Góra – Głaz W. Zamoyskiego – Studnia Napoleona – daw. stacja Osowa Góra – Głaz Wodziczki – Szwedzkie Góry – Głaz F. Jaśkowiaka – trasą pomarańczową dookoła Poznania z powrotem do parkingu koło wieży Osowa Góra

całość trasy ok 9km.

Zaczęliśmy od miejscowości w okolicy Mosiny – Pożegowa. Tutaj mieliśmy na względzie wejście na wieżę widokowa z której rozpościera się wspaniały widok na całość Parku oraz wejście na szlak.

Jadąc tutaj warto zaparkować na dość sporym parkingu właściwie pod samą wieżą. Dojazd jest dość utrudniony ponieważ jak to w polskich warunkach bywa, oznakowanie pozostawia wiele do życzenia. Jeśli już dotrzecie do tego miejsca to na uwagę zasługują:

  • wieża widokowa
  • pięknie zadbane uliczki spacerowe, które wręcz zachęcają do rodzinnego wyjścia, uprawiania sportów itd.
  • Mini plaża na której w ciepłe dni można zapewne zażywać kąpieli słonecznych.

Samo jeziorko w Pożegowie jest sztucznym jeziorem, powstałym w pozostałościach po tutejszym wydobyciu gliny. Od 2013 roku przystosowano ten zbiornik wodny pod kąpielisko publiczne. Widok z góry jest cudowny. Woda ma turkusowy kolor, a całość robi naprawdę przyjemne wrażenie.

Jednak to dopiero początek. Główny nasz cel jest jeszcze przed nami. Ścisły teren Parku rozpoczyna się po przejściu przez drogę. Nie jest to jakoś szczególnie oznakowane dojście do tego miejsca więc trzeba zdać się na intuicję.

Idzie się najpierw koło kilku zabudowań, wchodząc potem już na ścieżkę w las. Po lewej stronie stoi szlakowskaz, możemy się dzięki niemu zorientować w odległościach jakie mamy przed sobą. Po prawej natomiast znajduje się parking oraz strefa edukacyjna dla dzieci. Idealne miejsce na szkolne wycieczki.

Nie są to odległości nie do przejścia, ale mierząc siły na zamiary tym razem nie dotarliśmy do Zamku na Jeziorze Góreckim oraz do Muzeum Przyrodniczego. Te atrakcje jeszcze przed nami.

W niedalekiej odległości od wejścia na szlak znajduje się pierwsza porządna i ciekawa atrakcja. Jest nią Studnia Napoleona. Według legendy, raz w roku woda ze studni zamienia się w szampana. Ma to ponoć związek z wojskami Napoleona, jak i z samym legendarnym dowódcą, który zmierzając na czele swoich wojsk we wschodnim kierunku, zatrzymał się w Pożegowie przy tej studni by wypocząć, po trudach podróży. Ile w tym prawdy do dzisiaj nie wiadomo, ale takie historie ubarwiają zdecydowanie odkrywanie miejsc na szlaku. Więcej o legendzie znajdziecie poniżej, klikając w link. Możecie tu przeczytać całość legendy.

Idziemy dalej.

W pewnym momencie, po przejściu niecałego kilometr, dochodzimy do rozwidlenia dróg. Mamy tutaj miejsce na odpoczynek i zaplanowanie dalszej podróży.

Jak to bywa na prawdziwej wycieczce, najważniejsze to zjeść dobry posiłek, bo droga wyciąga siły.

Naszym, celem jest kolejne legendarne miejsce. Szwedzkie góry. Kolejna pozostałość po wojennej historii Polski? Może i tak, choć datowanie wzniesień nazywanych Szwedzkimi Górami jest dużo starsze. Mimo, że przypominają mały Hobbiton, jest to zespół wzniesień, pośród których znaleziono liczne pozostałości z czasów średniowiecznego osadnictwa. Prawdopodobnie, istniała tu warowna mała osada, a kilkaset lat później tą samą funkcje spełniały dla szwedzkich najeźdźców w czasie Potopu Szwedzkiego. Dzisiaj przypominają małe wzgórza rodem z Tolkiena. Wejście na nie jest zabronione, a podziwiać należy z platformy widokowej, jaka zbudowana jest tuż obok.

Wszędzie rozmieszczone są edukacyjne tablice, które pokazują nam przekrój fauny i flory w parku. Nam udało się spotkać kilka ciekawych okazów, choć głównie były to ropuchy paskówki. Gatunek chroniony właśnie na terenie WPN.

Poza ropuchami występują tu zaskrońce, padalce, jaszczurki zwinki, jelonki rogacze, koziorogi dębosze i wiele innych zwierząt, które podlegają ochronie. My jednak nie znaleźliśmy już więcej okazów. Być może było to spowodowane wczesną porą roku – odwiedzaliśmy Park z marcu, choć prawdopodobniej powodem były niestety miliony pytań od najmłodszej turystki, która w tak wylewny sposób interesowała się wszystkim co popadnie, że nie było mowy o obserwacji przyrody.

Wielkopolski Park Narodowy jest bardzo ciekawym miejscem, ze względu na ochronę krajobrazu jezior polodowcowych. Stworzono tu 18 terenów ścisłej ochrony w tym:

  • Jezioro Górecke
  • Jezioro Budzyńskie
  • Jezioro Skrzynka
  • Jezioro Kociołek

Są to jeziora rynnowe, o charakterystycznym podłużnym kształcie. Do samych jezior nie doszliśmy. Spowodowane to było głównie dość podmokłym terenem wokół, jak i troską o dalszą drogę w suchym ubraniu.

Wielkopolski Park Narodowy to przede wszystkim nasza dziewicza, wielkopolska natura. Znajdziemy tu ciszę i spokój, choć jest to również teren atrakcyjny dla biegaczy, rowerzystów jak i miłośników nordic walking. Tak czy inaczej, warto tu przyjechać dla pobycia z naturą i odkrycia czegoś nowego. My odkryliśmy, że to nie tylko ścieżki w lesie. To spory kawałek historii naszego kraju/

W pigułce:

  • Wejście do parku jest darmowe
  • Na terenie parku funkcjonuje kilka szlaków turystyczny pieszych i rowerowych, choć nie są one idealnie opisane. Zbaczając w „boczne uliczki” można się pogubić
  • Można zorganizować tu wycieczki szkolne, ognisko i imprezy plenerowe – dobre zaplecze w postaci wiat, stolików i palenisk + parking
  • Parking od strony Pożegowa jest darmowy
  • Bardzo dobrze opisane ścieżki edukacyjne, liczne plansze z charakterystyką roślin i zwierząt
  • Dobre „szlakowskazy” na początku szlaku i po środku przy rozwidleniach
  • Spokój i cisza w tygodniu. W weekend niestety miejsce zapełnia się spacerowiczami i ciężej o chwilę obcowania z naturą

Podaję Wam link do bezpośredniej strony Wielkopolskiego Parku Narodowego. Znajdziecie tutaj dużo informacji o historii, florze i faunie, ale też można pobrać mapkę parku, co przydatne będzie przy dłuższej wędrówce.

Powrót po latach – zacznijmy ponownie

Po latach – tak minęły właśnie dwa lata, powracam do publikowania mini przewodników po miejscach wartych zobaczenia. Dużo się w tym czasie wydarzyło. Wiele miejsc zwiedziliśmy sami, jak i z dziećmi. Wszystko zostało skrzętnie zarchiwizowane i mogę Wam to przedstawiać, by i Was zachęcić do odwiedzenia tych miejsc.

Długo zastanawiałam się, czy wznowić swój wirtualny pamiętnik. Nie byłam pewna, tego, czy w ogóle się na coś przyda, czy będziecie chętni żeby go czytać i przede wszystkim, by z niego skorzystać.

Dzisiaj nie mam już takich wątpliwości. Dostałam od Was mnóstwo odzewu i ciepłych słów na moim kanałach społecznościowych, co spowodowało, że nawet jeśli kilkanaście osób zajrzy tu i znajdzie coś dla siebie to warto.

Chciałabym, żeby miejsce to było zbiorem miejscówek, które każdy, nie zależnie od portfela, możliwości urlopowych, będzie mógł zobaczyć. Sama nie jestem w stanie wyruszyć w kilku miesięczną podróż w egzotyczne miejsca, ale z prawdziwą pasją podróżnika zwiedzam z dziećmi okolicę i poznaję miejsca, które są być może nie doceniane, nie znane, a często po prostu pomijane w planie urlopowym.

W planach blogowych będzie na pewno cykl postów „Wielkopolska, co się kryje za płotem” , czyli miejsca w mojej najbliższej okolicy. Dla tych, którzy czytają ten wpis, a też są z Wielkopolski, miejsca te na pewno będą znane, co nie znaczy, że odwiedziliście je osobiście. Sama dopiero po latach pojechałam w parę ciekawych miejsc.

W między czasie nadrobię nasze wakacyjne kierunki, czyli cykl wpisów o tematyce górskiej pt. „Niekoniecznie Himalaje„, oraz o pozostałych miejscach w Polsce ” Polska poznana”.

Mam nadzieję, na interakcję i Wasze wsparcie, podpowiedzi, miejsca jakie chcielibyście poznać zanim się tam udacie. Liczę, że będzie to miejsce w sieci, gdzie możemy się spotkać na wirtualnym poznawaniu świata i siebie nawzajem.

Tymczasem zapraszam do moich mediów społecznościowych, gdzie jest mnie jak na razie więcej.

Do usłyszenia już niebawem 🙂 Wrócę do Was z ciekawym wpisem i dawką przyjaznej wiedzy podróżniczej, szybciej niż się spodziewacie

Weekend w górach dla początkujących?

Lubicie góry? Marzą wam się górskie wędrówki z plecakiem całą rodziną po tatrzańskich szczytach czy bezkresnych bieszczadzkich polanach? Czy to na pewno dobry pomysł jeśli ciągniemy ze sobą małą watahę co chwilę potrzebującą odpoczynku…, a to na „apa”… a to piciu… a to ….

I w tym momencie odechciewa nam się szczytu jakiegokolwiek. Osiągamy za to szczyt swoich umiejętności dyplomatycznych w namawianiu niesfornego i małoletniego górołaza do pokonania jeszcze jednego zakrętu…. Czy trzeba aż tak się męczyć i jednocześnie ryzykować, że z urlopu wrócicie bardziej zmęczeni niż przed? Oczywiście, że nie. Trzeba wiedzieć tylko od czego zacząć rozwijanie pasji i górskich klimatów.

Poniżej przedstawię wam krótką propozycję weekendu dla całej rodziny, niezależnie od wieku (no powiedzmy szczerze, że od 2 lat wzywż) i ilości uczestników, a co najważniejsze – będzie to propozycja całkiem przyjemna finansowo.

KUDOWA ZDRÓJ I OKOLICZNE SKAŁKI

Osobiście kocham góry. Każde i w każdej postaci. Moja męska część rodziny kocha góry. Ale przyszedł czas, żeby tą pasję zaszczepić w najmłodszej latorośli – 2 latce w sferze permanentnego buntu wobec wszelkich przeciwności losu.

Wybór okazał się jak najbardziej trafny i szczerze polecam bo sprawdzony. Trzy-dniowa wycieczka do Kudowy Zdrój z zamiarem eksploracji okolicznych form skalnych.

Każdy zapewne kojarzy tę okolicę ze szkolnych wycieczek, ale niestety w tym wieku trudno się w pełni zachwycić tym co najpiękniejsze. Jeśli zatem nie macie pomysłu na weekend w sezonie wiosna-lato-jesień zapraszam do skorzystania z poniższych wskazówek.

CO ZOBACZYĆ ?

1 Błędne Skały

polecam zaplanować sobie jako pierwszy punkt na trasie wycieczki. Najmniejszy kompleks skalny ale najbardziej zróżnicowany. Nie znudzi długotrwałą i nużącą wędrówką – przeciwnie. Rozbudzi apetyt na więcej. Do Błędnych Skał stosunkowo łatwo się dostać. Do wyboru mamy dwie opcje: bezpłatny parking jakieś 3 kilometry od zasadniczego rozpoczęcia zwiedzania, lub parking płatny 20 zł z wjazdem pod samo wejście na szlak o każdej pełnej godzinie (warto o tym pamiętać, by nie stać kilkudziesięciu minut w kolejce samochodów)

Mimo, że ludzi sporo do kas jest mała kolejka. Ja zakupiłam bilety on- line (na serio!!!) na stronie https://pngs.eparki.pl/zakupy/ Można tu kupić bilety wstępu do parków narodowych w Polsce (niestety nie do wszystkich) Przy wejściu trzeba tylko pomachać wydrukiem biletu i już.

Błędne skały to świetna rozrywka. Śmiech gwarantowany u każdego. Szlak ładnie oznakowany z opisami poszczególnych form skalnych. Przy dużym natężeniu ruchu można trochę się naczekać na poszczczególnych zejściach i przeciskach ale w końcu nikt nie jedzie się tam spieszyć.

Nam cały spacerek z przerwami na picie itd zajął coś koło godzinki. Nóżki najmłodszej obywatelki prawie w ogóle nie bolały a z kolei starszy szalał skacząc z kamienia na kamień. UWAGA: Drogie mamusie!!! Wybierając się tutaj (jak i gdziekolwiek z podanych tu miejsc) koniecznie zaopatrzcie swoje pociechy w długie spodnie. My w pierwszym dniu nie wpadliśmy na ten genialny pomysł co skończyło się zdartymi kolanami … na szczęście bez większych aktów rozpaczy.

Zjazd z parkinu odbywa się o każdej godzinie wpół do… czyli na przykład 12.30, 13.30, 14.30…. O tym warto pamiętać jeśli ktoś nie chce tracić czasu na siedzeniu i czekaniu.

2. Szczeliniec

najwyższy szczyt Gór Stołowych – i największa liczba schodów w okolicy. Serio… poćwiczcie nogi w okolicznych blokach. Można również ćwiczyć obręcz barkową jeśli – tu uwaga głównie do tatusiów – zamierzacie wnosić swoje pociechy „na barana” pod górę. Możecie się zapierać i protestować ale i tak je wniesiecie. Każdy wnosi… ja też.

Droga pod górę do schroniska może dla najmłodszych wydawać się troche nudna. Dużo schodów, mało skałek. Na szczęście potem wszystko zmienia się na lepsze. Docierając do schroniska kończymy bezpłatny etap wejścia. Wstęp do labiryntu skalnego kosztuje tyle samo co do Błędnych Skał i można bez problemu wszystko zamówić wcześniej on-line na podanej stronie https://pngs.eparki.pl/zakupy/

Uwaga dla rodziców – warto na tym etapie podróży zakupić pociechom lody w okolicznych budkach – mają super moc. Nóżki same niosą.

A potem już tylko iść i podziwiać… podziwiać i iść. Zasadniczo poziom trudności dla maluchów (2 lata wzywż) zerowy, z wyjątkiem schodów na których trzeba młodzieży lekko pomóc.

Więcej opowieści nie będzie, sami zobaczcie jak to wygląda…

3. Skalne Miasto Ardspach –

zostawiliśmy sobie wisienkę na torcie na sam koniec pobytu. Czy dobrze? Dla nas dorosłych jak najbardziej – dla młodzieży trochę mniej, ponieważ najmniej było tu przecisków, skałek, raczej długi spacer wśród skalnych gigantów. Na mnie zrobiły one kolosalne wrażenie.

Wstęp do Ardspach jest najdroższy z tych trzech miejsc – bilet dla dorosłych kosztuje 21 zł. Ale warto. I tu również można kupić je on-line, ale….

UWAGA: przy wejściu do parku nie idziemy z tym biletem do kas! Niech was nie zmyli napis „voucher on’line” – trzeba iść do informacji turystycznej po prawej stronie i tam wymienić e-wydruk na bilety i siup można wchodzić bez stania w kolejce.

Czasowo wyszło to ok 2,5-3 godzin z takim maluchem jak Jula. Z większymi obstawiam spokojnym spacerem 1,5 godziny.

Po drodze opisane pięknie na mapie skały, wodospady ( w tym niestety jeden zamknięty…) miejsca z kapliczkami lub tablicami pamiątkowymi. Ciekawie wyglądają też wyryte akty wandalizmu na skałkach z XIX wieku. Choć trzeba przyznać że przynajmniej ładnie są wykonane.

Bliźniaczym obiektem są skały w Cieplicach, ale tam już nie dotarliśmy. Chyba byłaby to lekka przesada 🙂

PORADNIK W PIGUŁCE:

  1. Miejsca warte zobaczenia: Błędne Skały, Szczeliniec, Skalne Miasto Ardspach
  2. Ceny biletów: po polskiej stronie 12 zł dorosły, 6 zł dziecko, do 6 lat za darmo; u południowych sąsiadów 21 zł dorosły, 12 zł dziecko, do 6 lat za darmo
  3. Parkingi: 20zł Błędne Skały, 10 zł Szczeliniec, 55 koron – Ardspach
  4. Wjazd na Błędne Skały tylko o pełnych godzinach! Zjazd o każdej godzinie wpół.
  5. Punkty żywieniowe: jedynie na Szczelińcu funkcjonuje na trasie schronisko. W Błędnych Skałach nie ma nic. W Skalnym mieście są budki i foodtracki przed wejściem na obiekt.
  6. Poziom wiekowy – od 2 lat. Nie wyobrażam sobie wózków na trasie (choć i takie się o zgrozo zdarzały)
  7. Najlepsze oznakowanie i informacje na szlaku: Ardspach – kolorowa mapka z opisami, drogowskazy po drodze
  8. Pamiętajcie o budynku informacji turystycznej w Ardspach po prawej stronie kas biletowych. Po co tracić czas! Zwłaszcza, że jedna kasa przyjmuje tylko korony czeskie w gotówce
  9. Podstawa: długie spodnie dla najmłodszych i buty z dobrą przyczepnością – schody bywają bardzo śliskie

Wakacje w mieście nie muszą być nudne :) Vol 1.

    Czy brak wyjazdu na wakacje gdzieś dalej niż granice naszego rejonu w którym mieszkamy oznacza nudne wakacje? Oczywiście, że nie o ile nastawimy się pozytywnie na zwiedzanie najbliższej okolicy, którą zazwyczaj omijamy szerokim łukiem.

    Niezależnie od tego gdzie mieszkamy zawsze znajdziemy coś ciekawego parę kilometrów od nas. Wiadomo, nie jest to żadna egzotyka. Trudno też porównać to z odkrywaniem innych kultur jak to zazwyczaj ma miejsce na zagranicznych wyjazdach, ale może być niemniej relaksujące i przyjemne. Wystarczy tylko wyjść za przysłowiowy „próg”…

    Jako, że i nam trafiły się w tym roku wakacje „stacjonarne” postanowiłam przetestować parę atrakcji z okolicy tak by zapewnić rozrywkę nie tylko dzieciom ale i sobie. Zazwyczaj nie ma się na nie po prostu czasu albo uznaje się je za mało atrakcyjne. Wcale nie musi tak być. 

Każdy z nas na pewno w okolicy ma jakieś jezioro. Mniejsze bądź większe. Czy często tam jeździmy? Obstawiam, że nie. Dlaczego? trudno powiedzieć, ale zazwyczaj wydaje nam się to za mało atrakcyjne. Może warto jednak spróbować.

Niedaleko bo ok 12 km od nas znajduje się miejscowość Nowy Dębiec https://www.google.com/maps/place/Nowy+D%C4%99biec/@51.999187,16.7115505,15z/data=!3m1!4b1!4m5!3m4!1s0x4705a5a08ec2470d:0x7bed1bd9ef8b8bb5!8m2!3d51.9991879!4d16.7203053

Ośrodek znany raczej szerszemu gronu mieszkańców Wielkopolski i dosyć popularny wśród mieszkańców powiatu. Czy warto tu przyjechać?

Owszem warto ale niestety dla mnie tylko w tygodniu. Weekend obfituje w rzesze spragnionych plażowania wczasowiczów z miejscowych ośrodków i domków letniskowych jak i chmary „napływowych” wodniaków, nierzadko hałaśliwych grup młodzieży starszej i młodszej.

Dzisiaj w godzinach 11-13 panowała tu atmosfera spoza sezonu. Cisza, spokój, cała plaża praktycznie dla nas. Dla mnie to olbrzymi plus, przede wszystkim można się ulokować blisko wody by ze spokojem mieć na oku pociechy. Po drugie w wodzie nie ma tysiąca osób co uniemożliwia zidentyfikowanie własnej dzieciarni. A przede wszystkim, co mi osobiście najbardziej się chwali, nie ma osobników w wątpliwie przyjemnym okresie dojrzewania, pijących już którąś butelkę piwa z kolei. Dla mnie rewelacja.

Plusem jest pusty parking, który w części bezpłatnej ma dość znikomą liczbę miejsc. Płatna strefa parkowania kosztuje 10zł/dzień i znajduje się na wielkim polu. W tygodniu – zamknięte. Funkcjonuje ponadto dość ciekawy parking dla rowerów – tu plus za to miejsce.

Ale jak to „poza sezonem” weekendowym ma to swoje mankamenty. Przede wszystkim praktycznie WSZYSTKO do godziny 13 było zamknięte. Mieliśmy olbrzymią ochotę na lody rzemieślnicze które tu stacjonują, ale… ZAMKNIĘTE. Na 4 budki z lodami otwarta była jedna. Szału nie było, ale dzieci zadowolone.

Nie uraczy się również sklepików z gadżetami kąpielowymi. Z trudem można znaleźć otwarty fast food. (Niestety brak tu innych alternatyw do konsumpcji).

Minusem i to sporym jest również brak ratownika – na stanowisku pojawił się dopiero koło 12.30 mimo, że byliśmy na kąpielisku strzeżonym a biała flaga powiewała już od rana.

Nowy Dębiec nie należy do najbardziej urokliwych plaż jakie zapewne można spotkać. Czystość wody pozostawia wiele do życzenia a plaży woła o pomstę do nieba (co machnięcie łopatki można było znaleźć pety – mimo że obowiązuje zakaz palenia,. i kapsle od piwa) Przy małych dzieciach jest to ogromny minus.

Plusem jest natomiast szeroka plaża z zacienionymi fragmentami w pobliskim lesie – idealnie dla starszych osób. Od niedawna funkcjonuje punkt widokowy – taras na uboczu gdzie można odpocząć od gwaru. Dla chętnych sportów wodnych funkcjonuje (w weekendy) wypożyczalnia rowerów wodnych i kajaków. Warto z nich skorzystać i popłynąć na drugi brzeg jezioro gdzie można spotkać ciekawe gatunki ptactwa. Niedaleko znajduje się ich rezerwat.

Dla chętnych krótkiego – 2,3 godzinnego wypadu nad jeziorko jak najbardziej polecam. Na dłuższe plażowanie z dziećmi – odradzam.

W PIGUŁCE:

  1. Plaża bezpłatna, szeroka, piasek przyjemny (pomijając śmieci..)
  2. Parking dla pierwszych 20-30 osób bezpłatny, kolejni muszą opłacić 10zł /dzień
  3. Wydzielony parking dla rowerów
  4. Wypożyczalnia sprzętów wodnych typu kajaki, rowery wodne
  5. Zaplecze gastronomiczne: dość słabe, kilka budek z fast foodem, z lodami – poza weekendem głównie zamknięte
  6. Opieka ratownika – jak już przyjdzie to jest 🙂 ale trzeba niestety trochę na niego poczekać
  7. Przebieralnie, toalety, dwa mola i taras widokowy – jak najbardziej na plus
  8. Widok z plaży – bardzo przyjemny, otocznie zielone i zadrzewione, lasek dla pragnących cienia

Początek kiedyś musi się wydarzyć…

Myśl o założeniu tego bloga który będzie zarówno moim własnym pamiętnikiem z podróży jak i zbiorem mini wskazówek dla wszystkich którzy ich potrzebują naszła mnie wczoraj. Chyba już tak jest, że „odkrywcze” myśli zazwyczaj nachodzą nas pod koniec dnia, kiedy mamy czas tak naprawdę pomyśleć o nas samych.

Nie wiem co z tego wyniknie, czy starczy mi sił i zapału by pomysł ten przerodził się w coś fajnego i długotrwałego. Ale dla chcącego nic trudnego:) Tak mówią…

Jestem mamą dwójki dzieci – wchodzącego w trudny czas dojrzewania (o zgrozo!) 10 -latka i nie mniej buntującej się 2-latki. I to z ich powodu również powstało to miejsce. By motywować mnie samą do pokazania im świata w jak największym zakresie, we wszystkich jego kolorach. Może za parę lat to dla nich również będzie zbiór wspomnień, których najprawdopodobniej mało co będą pamiętać.

Wspólne chwile zostają z nami na lata. /Balos – Kreta 2018/

Jeśli znajdą się tu chętni skorzystać z rad i opinii – to super! Jeśli ktoś wpadnie tu po garść inspiracji na swoje własne podróże – tym lepiej! A jeśli czasami zaglądniecie tu po prostu żeby się odprężyć, nacieszyć oko widokami i uśmiechnąć się na widok dwóch uśmiechniętych (prawie zawsze) dzieciaków – to o to właśnie chodzi !

Może ktoś powiedzieć… przecież pełno jest blogów o takiej tematyce. Wszyscy podróżują, połowa z nich razem z dziećmi. To nic wyjątkowego. Zgadza się. To najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ale każdy z tych miejsc w sieci składa się na czyjeś życie do, którego ktoś nas zaprasza. To sprawia, że warto poświęcić im chwile albo zostać na dłużej.

Podsumowując:

Jestem szaleńczo zakochana w tych dwóch typkach ze zdjęcia i to dla nich powstało to miejsce. Mam nadzieję że to docenicie, skorzystacie i będziecie z nami. Może ktoś poleci jakieś miejsce do odwiedzenia, może ktoś skorzysta z naszych.

Najważniejsze to spojrzeć na świat z tej piękniejszej perspektywy. Bo nawet za naszym płotem można odkryć coś cudownego.